W starym i nowym miejscu
Blog: 9 Lipca

W starym i nowym miejscu. 9 Lipca (2)

W starym i nowym miejscu 9 Lipca (2)

 

2

ON. W starym miejscu

Właściwie powinienem być zadowolony. Mimo upalnych dni, nawet sprawozdanie z grantu udało mi się sfinalizować, to znaczy moją część i, oczywiście, mojego szefa. Opracowywałem to w domu rodzinnym, w rezydencji – jak mówiliśmy, a nie w moim mieszkaniu. Przed południem siedziałem w ogrodzie lub na werandzie, popijałem chłodne soczki i wodę, a w południe chowałem się do pomieszczeń klimatyzowanych. Rodzinka była zadowolona, że przeniosłem się na te kilka dni; to już chyba tydzień, jak tu jestem?

W Instytucie, na szczęście, nie włączyli mnie do egzaminów wstępnych z powodu konieczności opracowania wyników grantu. Usadowiłem się więc w cieniu wielkiego starego klonu, delikatny wietrzyk muskał mi włosy i kartki, a ja klikałem leniwie w laptopie. Ruch powietrza był leciutki, czasami tylko nieznacznie poruszał liście. Błogi spokój…

W sta. i n. miej.

Wieczorem, zazwyczaj z tatą i szwagrem, siedzieliśmy w ogrodzie do późnych godzin, często dołączał do nas brat, Marcel. W te najgorętsze godziny pluskaliśmy się beztrosko w basenie. Niekiedy towarzystwa dotrzymywały nam panie: mama i siostra, zwłaszcza wieczorami. Ciekawe, dlaczego Marcel nie przyjeżdżał z żoną? Od czterech lat mieszkali w nowoczesnym apartamencie, który zakupił dla nich ojciec Beaty w prezencie ślubnym.

W kilka dni opracowałem wcześniej zgromadzone materiały; teraz muszę to wydrukować i wraz z dyskietką dostarczyć do sekretariatu, a potem już wyłącznie skupić się na odpoczynku. Czyli wszystko w porządku. Ale jednak odczuwałem mały, jak sądziłem, niewidoczny niepokój. Może dlatego, że tata czasami przyglądał mi się uważnie, jakby wyczekiwał, że coś mu powiem?

W star. i now. miej.

Ogród mieliśmy naprawdę piękny.

Duży, z imponującą reprezentacją drzew, krzewów, kwiatów i traw. Dwa większe stawy i kilka miniatur, basen, który w zależności od pory roku mógł być kryty bądź nie, trzy fontanny, z których ta największa od wiosny do jesieni była prawie zawsze czynna. Poza tym rozmaite budowle ogrodowe, imponujący pawilon, wiata, domki narzędziowe, altany i pergole a także drewniany mostek ubarwiały ogrodowy pejzaż.

Każdy gość naszego ogrodu zachwycał się roślinnością, splotem alejek, zróżnicowaniem poziomów, co wraz z obiektami budowlanymi było szczególnie przydatne w dzieciństwie, gdy bawiliśmy się w chowanego.

Ogród założyli jeszcze rodzice ojca, ale nie wyglądał podobno tak imponująco, jak teraz. Ojciec powiększył znacznie teren o zakupione przyległe działki i zaprosił architektów krajobrazu z Francji, u nas wtedy jeszcze projektowanie ogrodów nie było tak popularne.

O wszystko dbał pan January, który wiedział wiele o roślinach i znał każdy zakątek ogrodu. Śmialiśmy się, że imię ma zimowe, a związany jest głównie z pracą w okresie letnim. Naturalnie miał też kilku pomocników, w zależności od pory roku.

W starym i nowym miejscu

Kochałem ten ogród i dom, miejsce mojego dzieciństwa i chociaż mieszkanie miałem komfortowe, to jednak brakowało tam wspomnień. Lubiłem spacerować po alejkach i wymyśliłem tu chyba wszystkie tematy moich najważniejszych prac filozoficznych. W ogrodzie podejmowałem też trudniejsze decyzje – to miejsce mnie inspirowało, skłaniało do refleksji, przypominało moje marzenia i smutki. W trudnych momentach zawsze uciekałem do ogrodu i to od najmłodszych lat. Chowałem się wówczas w jakimś zakamarku, ale tata zawsze mnie znajdował. Teraz też postanowiłem jeszcze przez te kilka dni do wyjazdu pobyć tu, popływać, pospacerować i pomyśleć o moim życiu…

2

ONA. W nowym miejscu

I dzisiaj też jakaś kłótnia. Boję się nawet wyjść do łazienki czy do kuchni. Poczekam trochę, może się uspokoją. Boję się, że gdy wyjdę, a on mnie zaczepi, albo będzie patrzył natarczywie, ona jeszcze bardziej się zdenerwuje. To w takim razie jeszcze sobie pośpię, tylko na moment do WC muszę pójść, ale ten przybytek jest akurat obok mojego pokoju. Przywalam się kołdrą, choć jest dość gruba, żeby nie słyszeć hałasów.

Dziś 9 lipca.

Mają być wyniki. Ciekawe, co zobaczę na tablicy ogłoszeń? Powinnam już może pójść, ale nie – odkładam nieco wyjście. Tylko czy to coś zmieni? Przecież to wszystko jedno, kiedy odczytam wynik. Czuję, że jakiś wewnętrzny strach nakazuje mi odsuwanie momentu, w którym zapoznam się z wynikami egzaminów. Wydaje mi się, że poszło mi dobrze, ale i tak mam obawy, że mogę się nie dostać.

Cóż!? Już w zeszłym tygodniu, tak na wszelki wypadek, przygotowałam sobie plan B. Chociaż plan ten jest okropny: miałabym poszukać sobie jakiejś pracy, pewnie byle jakiej oraz jakiegoś bezpiecznego, spokojnego pokoju – ale to strasznie smutna i beznadziejna perspektywa. Później pomyślę o innych studiach, a może zaocznych?

W starym i nowym miejscu


Do rodziców nie wrócę.
Co miałabym tam robić? Wszędzie daleko, bieda i marazm. Poza tym jak nie błoto, to zaspy. Mieszkaliśmy na odludziu, dosłownie − w „majątku”, jak nazywali nasz dom. Ale żadnego majątku tam nie było.

Do najbliższej wsi, z autobusem, kościołem, apteką i różnymi sklepami, było chyba ponad 3 km, a do szkoły to nawet 5!, bo trzeba było przejść przez całą wieś. Ta wieś, to prawie małe miasteczko, o zwartej zabudowie. Była też przychodnia z lekarzem i pielęgniarką, a nawet gospoda z jednym czy dwoma pokojami hotelowymi.

Życie tam na wsi, zupełnie mi nie odpowiadało.

Być może głównie przez sytuację w domu. Okropne niedostatki, rodzice się kłócą, dochodzi nawet do rękoczynów, gdy ojciec sobie popije. Jest wtedy agresywny, ma pretensje do nas i całego świata, że mu się nie wiedzie. Włości stracił, częściowo babcia, częściowo on. Z pewnością również przez niewłaściwe zarządzanie, ale wini wyłącznie system i politykę. A przede wszystkim sprzedajnych urzędników – jak ich nazywa – a nawet całe społeczeństwo, w którym pełno zwykłych złodziejów i oszustów.

Mama jest kochana, ale zupełnie zagubiona, z nadmiarem obowiązków, próbuje wiązać koniec z końcem.

Tak bardzo chciałam stamtąd uciec, od adoratorów i zalotników także. Tyle miałam powodów, żeby zostawić tamto miejsce raz na zawsze. Zwłaszcza, kiedy moja ukochana ciocia Luiza wyjechała i straciłam z nią kontakt. Wyjechała do Paryża, podobno na leczenie – jak poinformowała mnie w liście jej rodzina. Bo ta ciocia była „przyszywana”, chociaż kochałam ją jak matkę i darzyłam największą przyjaźnią. I wzajemnie.

Zresztą bardzo chciałam studiować, spotkać innych ludzi…

Nadarzyła się okazja, gdy zdałam maturę. Mogłam zostać w miasteczku, oddalonym o 15 km, ale to było małe miasto i nie było wyższych uczelni. Miałam tam zaprzyjaźnioną rodzinę – państwa Kosmanów. Opiekowali się mną, gdy mieszkałam u nich podczas liceum, a wcześniej, to nawet chcieli mnie adoptować!

Wyrwałam się więc do wielkiego miasta, wybrałam największe, żeby wszystko było inne. Bywałam tu już wcześniej z zespołem z domu kultury z amatorskimi występami. Podobał mi się gwar na ulicach i to, że wszędzie można było dojechać.

Ale życie tu też nie było różowe.

Nieustanne kłopoty z mieszkaniem; musiałam wynajmować pokój, na nic innego nie było mnie stać. Przez rok, gdy tu mieszkam, spotkałam licznych cwaniaków, podrywaczy, zazdrosnych i nieżyczliwych koleżanek. Próbowali flirtować ze mną również sympatyczni chłopcy, ale żaden mi się nie spodobał. Trochę przyjaźni też było, ale raczej nietrwałych. Jak na razie. Czułam się bardzo samotna.

 

Zob. pierwszy wpis 9 Lipca

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.