Pijaństwo. Nowe mieszkanie. 9 Lipca (17)
Pijaństwo. Nowe mieszkanie. 9 Lipca (17)
|
∼ 17 ∼
PijaństwoTeraz mogę sobie pozwolić… Muszę zalać smutek. Jest tu jakaś butelka…, nie, nie szukam kieliszków… Zrobię jeden, no może z dwa łyki… Mogłem ją już mieć, a przez moją głupotę i miernotę muszę czekać aż do października. Najtrudniej jest mieć pretensje do siebie. Każdy to zna. Lepiej znaleźć winnego obok siebie, można się na nim wyżyć. A sobie? Co można zrobić? Trzeba nadal się akceptować, żeby z sobą wytrzymać! Wezmę prysznic, a może się położyć? Nie, najpierw prysznic… O cholera, wszystko mi jedno. Ile ja właściwie na nią mam czekać? Trzy miesiące? To okropne, jeszcze muszę się napić… Nie, chyba trochę mniej, zaraz, którego dzisiaj mamy? Nie pamiętam… A zaczynamy, chyba jakoś tak… jeszcze we wrześniu… A może ona ma chłopaka? I teraz jedzie z nim na wakacje na przykład do Francji? Nie, chyba nie… była skromnie ubrana, pewnie nie jest zamożna. Chce załatwiać akademik, zatem nie ma pieniędzy na najem mieszkania… Ale dlaczego ona taka okropna?! Poszła sobie, zostawiła mnie, doktora Wagnera! A czy ja jej się w ogóle przedstawiłem? Nie, chyba nie… Ale jest niedobra, to fakt! Zupełnie mnie zlekceważyła. Jak to jest możliwe?! Wizyta Tatusia i Marcelka– Kto tu? Kto tu jest?! Taatuuuś! – Czego tato?… Czego ode mnie chcesz…? Daj mi spokój…! Po co mnie szarpiesz!… To wszystko nieważne, nieważne, a twój syn jest… pętakiem… Jestem do niczego tato, nic nie umiem, nie daję rady, wszystko jest straszne, a ja jestem…
Późnym wieczorem ocknąłem się, leżałem na łóżku, lekko przykryty. Co ja robię w łóżku? Kto tu jest? Tatuś?! A co wy tu robicie? – obok groźnie wyglądającego ojca dostrzegłem Marcela, też nie w humorze. – Schlałeś się jak świnia! – powiedział nie przebierając w słowach brat – coś mi zaczynało świtać… – Ale skąd wy tutaj? – głowa mi pękała – lepiej byś coś dał, głowa mi pęka… – Już ci dałem… i DHM. Jak przyjechałem, to byłeś jak zwłoki, tata nie mógł sobie poradzić! – brat chyba krzyczał na mnie. Tata się nie odzywał, miał skupioną i dość groźną minę. A Marcel nie ustawał w wyrzutach: – Leżałeś pod prysznicem, drzwi kabiny otwarte, woda leci, a obok butelka… Nie mogłeś wstać! Jak ty chcesz zrobić habilitację! Nie mówiąc już o tym, że to mogło się źle skończyć! I o zdrowie w ogóle nie dbasz! – Majek, powiedz co się dzieje… tylko nie opowiadaj bajek… Coś się stało? – tata pytał spokojnym głosem – przecież nie pijesz, no nie upijasz się tak… do nieprzytomności…! – Nie wiem, to pewnie przez ten upał tak mnie wzięło… – marszczyłem się i kryłem wzrok. – Upał! Co ma do tego upał? Opróżniłeś butelkę wina i z pół butelki wódki, która leżała…, nie stała, tylko leżała, tak jak i ty w łazience. Do tego nie trzeba upału, żeby…, żeby się zalać w trupa – brat dalej stosował barwne określenia. – Co? Jaką butelkę wina? – nie mogłem sobie przypomnieć.– A tę, co tam leży w salonie, też nie stoi, ale leży – objaśniał Marcel. – A ta butelka z wódką to może… samo się wylało? – próbowałem ratować nieco moją reputację. – No może trochę się wylało, ale twój stan wskazywał na większe spożycie. No i oczywiście brat musiał interweniować! – Marcel pokazywał jaki to on jest ważny. – Maks, bez ogródek powiedz, co się dzieje – wszedł w zdanie bratu ojciec. – Jesteśmy tu po to, żeby ci pomóc. Chyba nie chcesz powiedzieć, że to z powodu jakiegoś błędu w rozprawie, który dziesięć razy można poprawić i jestem pewien, że to dla ciebie nic trudnego… no może trochę czasu ci zajmie… – Tak, oczywiście, masz rację… ale ja, widzisz, zdenerwowałem się tym, że mi się to przydarzyło. Jeśli jedno się zdarzyło, to i więcej tego może być, czego nie zauważę. A wiesz, oni, niektórzy tylko czekają na moje potknięcie. Nie brakuje takich, co będą się cieszyć, że w końcu Wagnerowi się coś nie udało. Będzie taki wstyd, że ja nie wiem… – kręciłem głową i marszczyłem się, bo rzeczywiście miałem pewien błąd, który w porę wykryłem, a który – może nie dyskwalifikowałby mojej pracy – ale obniżyłby jej poziom. Jak dobrze, że miałem na co zrzucić… Byłem w takim stanie, że gdyby nie było Marcela, to chyba bym ojcu powiedział o niej… Byłoby mi lżej. Ale przy Marcelu? Nie. – Ale do Norwegii później, jedziemy? – upewniał się brat. – Nie jestem pewien… to zależy… – chociaż dziś nie miałem ochoty na żaden wyjazd – no, zobaczymy… – coś kręciłem, a ojciec też kręcił, tylko głową. Jakby nie dowierzał mi. Po co mi Francja?Rozmawialiśmy trochę jeszcze o różnych rzeczach. W końcu udało mi się przekonać tatę: – Tato, ta Francja to nie jest mi specjalnie do niczego potrzebna. Teraz będę się wysypiał…, i ze spokojem wykończę moją pracę. To jest ważniejsze dla mnie, bo daje mi spokój. Gdy to mówiłem, wiedziałem, że za bardzo na spokój chyba liczyć nie będę mógł z jej powodu. No może uda mi się jakoś to wszystko opanować – mam nadzieję. W końcu, jeśli wytrzymałem tak długo, wytrzymam jeszcze i te trzy miesiące, a właściwie ponad dwa i pół.
Może jakoś zleci. Ale jeśli ona w tym czasie wyjdzie za mąż? Pewnie ma narzeczonego, może jakiegoś chłopaka… taka piękna dziewczyna, musi kogoś mieć! Czy on ją całuję? Czy on z nią… czy bierze ją w ramiona? Nie, do cholery tego wytrzymać nie można!!! Jak ja mogłem ją tak zostawić! Chociaż nie, to ona mnie zostawiła! Jeszcze nawet nie poznaliśmy się należycie, a już mnie zostawiła! Poszukiwania adresuNastępnego ranka, tj. około południa, przyszła mi do głowy genialna myśl: muszę zdobyć jej adres, przecież musiała podać w dokumentach. Ale jak to zrobić? Czy te papiery są jeszcze u nas, czy już w dziekanacie? Trochę głupio, bo już się pożegnałem, że wyjeżdżam itp., a tu jeszcze chcę grzebać w papierach. I czy w ogóle będzie to możliwe? Jednak muszę spróbować. Coś wymyślę…, że coś zostawiła, zeszyt z notatkami! albo…, nie, dobrze, zeszyt z notatkami i że jej go wyślemy pocztą. Jest tam nazwisko, ale nie ma adresu… Pośpieszyli się.Dokumenty wszystkich przyjętych już są w dziekanacie, bo to do ich kompetencji należy zabezpieczenie dokumentacji. U nas zostają jedynie te „oblane egzaminy”; po odbiór dokumentów będą się zgłaszać nieprzyjęci na studia. Nawet tak źle nie było, panie z sekretariatu gdzieś wybyły, na dyżurze siedziała doktorantka. Tu poszło gładko, zobaczymy co na dole, w dziekanacie. Znam chyba wszystkich pracowników dziekanatu, niektórych jedynie z drobnych kontaktów. Tam trochę zamieszania, zawaleni rozmaitymi papierami, studenci różnych lat i specjalności coś załatwiają jeszcze, ale interesantów nie było wielu. O, jest ta dość obszerna i pogodna pracownica. Uśmiecha się do mnie szeroko. Mówię o co chodzi: – Czy mogę zajrzeć do papierów nowo przyjętych studentów? Ktoś coś zostawił, potrzebuję adresu.– Jakie nazwisko? Czy może chce pan doktor sam poszperać – pokazuje mi sterty dokumentów na stoliku. Ochoczo wszedłem za wysoki pulpit i spojrzałem na wskazane kupki; papiery były poukładane alfabetycznie. Bez trudu znalazłem jej dokumenty. Wyjąłem je, były na razie spięte spinaczem tylko, dopiero później zakładano dla każdego studenta teczkę. Spojrzałem na zdjęcie, które podpięte było na wierzchu. Jakaś buzia małej dziewczynki z warkoczykami, ależ, to ona, ale chyba sprzed lat! Takie zdjęcia przyjęli? Odginam jedno, podpisane, nazwisko się zgadza. Dobrze, może uda mi się te dokumenty na krótko pożyczyć. Pod zdjęciami jakaś odręczna karteczka: adres tymczasowy! Z Alpiny – świetnie! Mógłbym nawet go zapamiętać. Czekam chwilę na tę miłą pracownicę dziekanatu, która szuka czegoś za szafą obok. Poszukam jeszcze jej koleżankę, sam sprawdzałem, że też jest przyjęta, zaraz jak ona się nazywała? Też na eS. Przeglądam papiery ze studentami na eS, o to ta – Sadek Joanna, ciemne włosy, jasne oczy, dość ładna. Mieszka gdzieś poza Alpiną. – Mam prośbę – uśmiecham się do grubaski uroczo, gdy wyłoniła się zza szafy – czy na chwilę mogę zabrać te dokumenty? Dosłownie na chwilę i przyrzekam, że zaraz je przyniosę – znów się uśmiecham. Zgodziła się oczywiście. Udałem się do naszego pokoju, tam mamy skaner. Ksero też, w drukarce, ale lepiej zeskanować. Chciałem sprawdzić wszystkie możliwe dane. Może nawet uda się zeskanować zdjęcie! Byłoby super, chociaż takie dziecko? |
∼ 17 ∼
Nowe mieszkaniePo cichu się spakuję i wcześnie pójdę spać, bo jutro tyle ciężkich spraw: rozmowa z gospodynią, przenosiny rzeczy, a o 14. mam się stawić w restauracji! Restauracja jest czynna do 22. Muszę porozmawiać z szefem, abym mogła wcześniej wychodzić, boję się wracać tak późno. Poprzednim razem zgodził się, więc może i teraz… Rozmowa z gospodynią poszła całkiem gładko. Mówiła: – Ja nawet się tego spodziewałam. Starałam się besztać „starego”, ale to nic nie pomagało – Czuła się jakaś zakłopotana. Pobiegłam na pobliski postój i wzięłam taksówkę; taksówkarz pomógł mi zapakować trzy kartony z książkami, zapowiedział też, że mi je wniesie. Zapytałam, ile to będzie kosztowało dodatkowo: – Nic! Muszę pani pomóc, bo pani taka chuda, to jeszcze się przełamie. W nowym miejscu zdążyłam się trochę rozpakować. Tam też było starsze małżeństwo, pan spokojny, nawet cichy, ona też małomówna. Odpowiadało mi to. Powiedziałam o pracy kelnerki przez wakacje, a po wakacjach studia, utrzymywałam, że nadal studiuję prawo. Kierunek ten robił zazwyczaj mocne wrażenie, że niby taki dobry zawód sobie obrałam. A filozofia? Niekoniecznie dobrze się kojarzyła niektórym ludziom. Inteligencja wypowiadała się o filozofii zazwyczaj z uznaniem, a prości ludzie często nie wiedzieli, co to takiego w ogóle jest lub wypowiadali się negatywnie, mówiąc, że to takie mędrkowanie, nic więcej.
KelnerkaSzef na szczęście zgodził się, żebym zaczynała wcześniej o dwie godziny i o dwie wcześniej kończyła. Dość długo ze mną rozmawiał w biurze. – Robi pani dobre wrażenie na gościach. Szkoda, że chce pani kończyć już o 20. Często dopiero wtedy interes się rozkręca. A bywa też, że zamykamy dopiero po północy, jeśli goście jeszcze siedzą… i zamawiają. Rozumiem panią, że się pani boi tak późno wracać, ale trochę szkoda… A może mógłbym panią odwozić do domu? – zaproponował. To byłoby chyba jeszcze gorsze – pomyślałam i kategorycznie odmówiłam. A on zaraz dodał: Zagadywał mnie też o studia, myślał, że nadal studiuję prawo. Na koniec powiedział: W sumie początek pracy był udany.
Szybko zdobyłam sobie licznych klientów, a moje stoliki były zawsze zajęte. Najchętniej siadali przy nich panowie, czego się spodziewałam, bo już miałam doświadczenie z poprzedniego tam zatrudnienia. Trochę w wakacje oraz wielokrotnie w ciągu roku, najczęściej w weekendy. Było lato, szef zachęcił kelnerki, aby miały na sobie króciutkie spodenki – to podobało się panom. W stosunku do klientów byłam dość oschła, uśmiechałam się tylko lekko i to na odchodne. Bałam się, że będą mnie zaczepiać. Gdy klienci byli zbyt natarczywi, przejmował ich ktoś ze starszych kelnerów. Jeden, zatrudniony tam na stałe, był szczególnie skuteczny, zręczny i opanowany. Najczęściej bez większych kłopotów udawało mu się poskromić gości. Czas jakoś płynął, może dlatego, że w pracy nie miałam czasu na myślenie. Do domu wracałam tak zmęczona, że niekiedy już przy myciu zasypiałam. Dobra strona tej pracy była taka, że niewiele musiałam kupować sobie do jedzenia. Jadłam w restauracji, każdy z pracowników miał swój przydział (niedużą kwotę potrącano z pensji) mnie to w zupełności wystarczyło na cały dzień. Kupowałam sobie jedynie coś do picia. Dziwny klient
Przychodził przez ponad dwa tygodnie w porze popołudniowej i siedział od 2 do 3 godzin, a nawet więcej. Zawsze siadał przy moich stolikach i dawał mi wysokie napiwki. Nie chciałam ich przyjmować. Krępowałam się. Gdy pierwszy raz otrzymałam od niego wysoki napiwek pomyślałam, że się pomylił i chciałam mu zwrócić. Zdziwił się, że coś takiego się może zdarzyć. Ale przyznał, że nie aż tak bardzo go to dziwi, bo na twarzy mam wypisaną uczciwość, skromność i inne piękne cechy, z urodą włącznie. Bałam się, że przyjdzie taki moment, że zażyczy sobie, żebym była dla niego miła… Ale on był spokojny i taktowny, co nie znaczy, że straciłam czujność. Pewnego dnia, gdy nie było wolnych stolików w moim rejonie, nie chciał usiąść gdzie indziej, mimo zachęty ze strony innych kelnerów. Interweniował kierownik sali, który znalazł salomonowe wyjście takie, że gość miał usiąść w innym rewirze, a ja go miałam obsłużyć, natomiast tamta kelnerka miała mi pomóc przy moich stolikach. Wówczas wszyscy zwrócili na to uwagę, nawet sam szef kazał go sobie pokazać, co to za oryginał. I stali kelnerzy i ci dodatkowo zatrudnieni na czas letni wiedzieli, że otrzymuję spore napiwki. I to nie tylko od mężczyzn. Trochę mi zazdrościli, ale szef wydał generalne zalecenie, aby pomagać mi przy obsłudze gości, bo więcej ich siadało w moim rewirze. Tą drogą stałam się jakby „główną” kelnerką, która ma swoich pomocników. Napiwki, razem z tymi od szczególnego gościa, przekraczały moją zasadniczą pensję, ale nikt z personelu i szef także nie próbowali tego zmienić. Tajemniczy gośćBył dość elegancki i małomówny, nie starał się w tani sposób mnie uwodzić. Jednak po pewnym czasie zaczął mnie zagadywać o moje położenie: Po tej rozmowie on zaczął dawać mi jeszcze większe napiwki. Wtedy powiedziałam mu: Zapewniłam go: – Chciałbym dopowiedzieć, że mam żonę, którą szanuję (tylko tyle!).Przyjechałem tu na konsultacje do pewnej finansowej firmy (pomyślałam, może do banku?) które niebawem skończę. I szczerze mówiąc, jest mi ogromnie przyjemnie spotykać panią, chociaż tak „służbowo” i cieszę się, że przynajmniej w ułamku przyczynię się do tego, aby kiedyś została pani prawnikiem. Chociaż – zaraz dodał – na prawnika mi pani nie pasuje. Co oni wszyscy czepiają się zawodu prawnika? A jak ma wyglądać prawnik? Może ma mieć groźny wyraz twarzy? A może ja wyglądam mało stanowczo? No to ja zrewanżowałam się również szczerością i wyznałam: – Ogromnie mnie pani zaskakuje. Tak piękna dziewczyna jak pani, powinna robić karierę na przykład modelki lub coś podobnego. – Nie wspomniałam mu, że jestem już po wielkich rozczarowaniach w podobnej branży. A on ciągnął: Ciekawe, myślałam, czy znał wiele kobiet, czy może pracuje z kobietami, ale nie zapytałam, nie chciałam przedłużać rozmowy. Czekali na mnie inni goście, ale rzadko z kimś pozwoliłam sobie na jakąś prywatną wymianę zdań. |













