Blog: 9 Lipca

Koniec wakacji. Poszłam do akademika. 9 Lipca (21)

 

Koniec wakacji. Poszłam do akademika. 9 Lipca (21)

21

Koniec wakacji

Dni płynęły nieśpiesznie, praca się rzeczywiście posuwała do przodu, mimo że ja sam byłem dość niemrawy. Zrobiłem duże – A4 – zdjęcie mojej dziewczyny i umocowałem na podstawce, tak aby mogło stać na biurku. Ale pamiętałem zawsze, aby je schować przed wyjściem i właściwie wyciągałem je jedynie, żeby sobie popatrzeć wieczorami, które były dla mnie – mimo lata – bardzo długie. Z Malwiną spotykałem się rzadko, wykręcając się pracą.

Przyznałem się do zrezygnowania z Francji, zwaliłem wszystko na poważny błąd w rozprawie, który wprowadził zamęt w moje życie i z czym musiałem się natychmiast uporać. Denerwowałem się tym, że tak łatwo przychodzi mi zrezygnować z randek, mimo że jestem młodym zdrowym mężczyzną i zastąpić je jakimiś kretyńskimi kontaktami ze zdjęciem, z którego wyzierają niewinne oczy i dwa warkoczyki. Cholera! Czułem się jak jakiś pieprzony pedofil!

Nowego adresu Iwa nie przyniosła do dziekanatu. Zapytałem po miesiącu, nie mogłem się więcej pytać o to, z obawy przed ośmieszeniem. Ale zdarzyło się, że kilka razy w wakacje przejeżdżałem samochodem po osiedlu, gdzie podobno wynajmowała pokój. W drugim samochodzie towarzyszył mi nieoceniony Rafał, który był zawsze przy mnie. Nie pytał o nic, pomagał mi i nie dziwił się. Co z kolei mnie nieco dziwiło. Stawałem w różnych miejscach, na przykład przy sklepach, może gdzieś się zjawi?  Nic z tego. Jak mogła odejść! Widziałem, że zakochała się we mnie od razu, tak jak ja w niej! Dlaczego więc poszła, uciekła, dlaczego nie poczekała na mnie! Niedobra dziewczyna! Okropna!

Skrzętnie ukrywałem jej zdjęcia

 Zapasowe klucze do mojego mieszkania leżały w rezydencji i dostęp do nich mieli rodzice i rodzeństwo, ale także Benia, która  prowadziła mi dom, w czym pomagał jej mąż Rysiek. Matka, najpierw protestowała, próbując udaremnić moją przeprowadzkę, a teraz nie chciała nawet zobaczyć mojego mieszkania. Nigdy nie pogodziła się z faktem, że wyprowadziłem się z domu, podczas gdy nawet nie założyłem własnej rodziny. Uważała, że zrobiłem to z ojcem jej na złość.

Ciekawe czy przypuszczała, że sprowadzam tam sobie różne dziewczyny, a do domu bym się krępował? W ogóle o to mnie nie zapytała, ale ojca – owszem. Miał jej odpowiedzieć, że jestem już bardzo dorosły i on mnie o to nie pyta. Chociaż rozmawiał ze mną o tym i gdy dowiedział się prawdy, mocno się zdziwił! Wykręciłem się tym, że dziewczyny miały swoje mieszkania, gdzie mogłem je odwiedzać, więc nie potrzebowałem ich tu zapraszać, a poza tym moje mieszkanie jest dla mnie azylem. Zobaczyłem, że ojciec znów uważnie mi się przygląda, zatem szybko dodałem: no wiesz, robię to trochę dla bezpieczeństwa. To bardziej do niego przemawiało.

Już nic mi nie pozostało, tylko czekać na początek roku akademickiego. Przecież kiedyś musi nadejść! Już początek września! Patrzyłem wciąż w kalendarz i czekałem na 29 września, dzień inauguracji nowego roku.

Pojawiłem się na uczelni około 15. września.

Rrozpoczęły się już egzaminy poprawkowe, ja miałem ich niewiele, ale byłem na wydziale kilka razy w tygodniu w nadziei, że ją tam zobaczę. Że będzie na przykład składała jakieś podanie o stypendium itp.

Trwały przygotowania sal do rozpoczęcia roku. Wtedy wpadłem na pomysł, który dodał mi energii i otuchy. Zaproponowałem włączenie się do organizacji immatrykulacji studentów pierwszego roku. (Na wydziale czy w Instytucie???) Dyrektor od razu na to przystał. Sam miał wygłosić krótką mowę powitalną, przedstawiano też dwoje jego zastępców: do spraw naukowych i dydaktycznych. Później ktoś z niższym stopniem wprowadzał studentów w świat filozofii i podawał garść informacji organizacyjnych – robił to opiekun roku.

Zaraz, opiekun roku! A kto ma nim być? Zapomniałem o to zagadnąć dyrektora. Natychmiast pójdę do niego i zaproponuję mu swoją ofertę. Zawsze to coś! Będę mógł wówczas spotykać się ze studentami z tego roku, przychodzą oni z różnymi sprawami… Tak, muszę to zaraz załatwić! Chyba że już ktoś jest wyznaczony, byłaby szkoda. A ja byłbym znów spóźniony…

Opiekun roku

Dyrektora dziś już nie było, trzeba czekać do jutra… No dobrze, będę jutro. Na mój widok dyrektor się ucieszył:
– Wagner, a co ty taki pilny jesteś? Już przygotowujecie otwarcie?
– Owszem, całe szczęście, że tylko dla pierwszego roku.
– Jasne, a pozostali niech idą na uroczystość centralną. Pamiętasz, że trzeba jakichś przedstawicieli z wydziału tam wysłać?
– Tak, przygotujemy wszystko, jak trzeba – uspokajałem dyrektora. – Panie profesorze, chciałbym włączyć się w jakąś organizację… Przez te kilka lat zajmowałem się wyłącznie nauką, pisaniem, dydaktykę musiałem poświęcić…, nie mówiąc już o sprawach organizacyjnych. Teraz, kiedy do ukończenia mojej habilitacji zostało już naprawdę niewiele, chciałbym nieco nadrobić… Mógłbym na przykład wziąć opiekuństwo pierwszego roku…

– Dobrze! Świetnie! Nikt tego nie chce…, no, no. Wiesz, to taka niewdzięczna praca… Te pierwszaki wiecznie o coś proszą, przychodzą, nie wiedzą… – wyliczał i patrzył na mnie, upewniając się, czy aby się nie rozmyślę. A ja byłem radosny, cieszyłem się, że tym razem się nie spóźniłem!
– Tak, wiem, ale chcę spróbować. Nie mam takiego doświadczenia, a może mi się przydać. Zorientuję się, jakie problemy mają studenci, czego oczekują od filozofii itd. – mówiłem uważając, aby dyrektor nie zaczął czegoś podejrzewać.
– Świetnie! – powtarzał – No to mam załatwione. Czekałem aż ktoś się zgłosi, a ostatecznie musielibyśmy to komuś wcisnąć na zebraniu 22 września. Cieszę się. Myślę, będziemy mieć spokój. Już ty się o to postarasz.

Do pracy przy inauguracji roku miałem do pomocy młodszego doktora – Sebastiana z naszego zakładu.

On z kolei wciągnął naszego doktoranta, doktorantkę i jeszcze tam kogoś. Wiedziałem, że mogę na nim polegać. Zawsze kręcił się koło mnie, chciał być potrzebny. Lubił mnie i, mimo że kazałem mówić sobie po imieniu, nadal zwracał się do mnie panie doktorze. Doktor Sebastian Kowalik zabrał się zatem ochoczo do pracy. Ja tylko nadzorowałem. I czekałem, czekałem… Co to będzie, gdy ją zobaczę… Jak się zachowa? Jak będzie wyglądała? Czy aby na pewno ją rozpoznam? Czasem wątpiłem, że ona naprawdę istnieje. Przypominały mi o tym jej zdjęcia i ksero dokumentów, które trzymałem w biurku w moim mieszkaniu

21

Akademik

Przed pracą wstąpiłam do akademika, może już będą przyjmować? Nie miałam większej nadziei, ale warto spróbować. W hallu blisko recepcji stało kilka osób. Weszłam w ciemnych okularach, mimo że nie było słońca, obijając dużą torbą o nogi. Przestali mówić i zwrócili na mnie uwagę. Z dwiema paniami, z których jedna już wcześniej ze mną rozmawiała, stał jakiś dość młody sympatyczny mężczyzna. Ta sama odezwała się:

– To śmieszne, ale niektóre to by chciały przez całe wakacje mieszkać! Przyjęcia będą dopiero w piątek! – powiedziała to dość napastliwym tonem. A druga z pań dodała:
– Może już jutro, niech pani przyjdzie jutro – ta wypowiedź zabrzmiała nieco łagodniej. Wtedy zabrał głos spokojny mężczyzna:
– A nie dałoby rady jakoś… dzisiaj… – a ta pierwsza, zła, zaraz mu przerwała:
– Gdzie dzisiaj? Nie mamy jeszcze gotowych pokoi! Jeszcze jutro będzie szykowanie i sprzątanie, pościel trzeba roznieść! A kto to ma wszystko robić?
– Ale jakiś pokój przecież jest już zrobiony! – zareagował ten pan nieco ostrzej.
– Jakiś jest, jakiś jest! Co pan? Hotel tu chce zrobić? Może na godziny? – nie przebierała w słowach.

A ten młody mężczyzna jakby się nawet tego zawstydził i zwrócił się do mnie:
– Pani pozwoli – i wskazał ręką na przejście tuż przy recepcji na zaplecze. Pociągnęłam torbę i poszłam za nim. Jeszcze tliła się jakaś nadzieja. Poprosił, żebym usiadła. Sam też usiadł i popatrzył na mnie. Ja wciąż miałam te ciemne okulary na oczach.

– Jak się pani nazywa? Sprawdzę, czy w ogóle ma pani przyznane tu miejsce.

Podałam imię i nazwisko i chciałam poszukać w przepastnej torbie pisma zawiadamiającego o tym. Powiedział, że nie trzeba i zaraz znalazł moje nazwisko na liście.

– Cóż… – zastanawiał się dość długo – rzeczywiście pokoje nie są jeszcze gotowe, ale gdyby pani absolutnie nie miała się gdzie podziać, to coś wykombinujemy… tylko tamta pani musi najpierw wybyć z pracy – tu spojrzał na zegarek.

Mówił delikatnie i z cicha, bo drzwi zostawił otwarte. Nie wiem jaka była służbowa zależność między tym miłym panem, a tamtą czarownicą, ale zauważyłam, że nie może specjalnie nic zrobić bez zgody tamtej. Nie chciałam go stawiać w tak niewygodnej sytuacji, więc zapewniłam, że mam dokąd pójść.

– No, to zapraszam jutro – powiedział grzecznie. W tym momencie weszła do jego pokoju ta ostra kobieta (może nawet próbowała podsłuchiwać) i zaczęła informować o jakimś problemie, związanym z materacami i czymś tam jeszcze…, że ktoś nawalił… Mówiąc to dalej w takim ostrym tonie, spoglądała na mnie nieprzyjaźnie. Pośpiesznie wyszłam.

Odeszłam niepocieszona, trudno, będę musiała pójść do hoteliku, jest taki niedaleko mojej restauracji, już wcześniej o nim pomyślałam. Właściwie coś w rodzaju hostelu. Szkoda, bo stracę na to pieniądze, a nie wiem, czy mi przyznają stypendium, bo zwolnienie z opłat za akademik to chyba tak.

Pieniądze, które zarobiłam w wakacje i resztki oszczędności, w niekorzystnym przypadku, będą musiały wystarczyć nie wiem na jak długo, dłużej niż na semestr. W ferie zimowe, które trwają najwyżej dwa tygodnie niewiele zarobię, jeśli w ogóle mi się uda. W ciągu semestru postanowiłam nie pracować i nie opuszczać wykładów. Ćwiczenia były na prawie obowiązkowe, więc i tu chyba też.

Nie było problemu z pokojem

Zapłaciłam, zostawiłam torby i poszłam ostatni raz do pracy. Szef żałował, że już kończę, namawiał mnie, żeby zostać do niedzieli, skoro zaczynamy dopiero w poniedziałek. Lubił mnie, mówił, że nie widział jeszcze tak pięknej dziewczyny, która byłaby jednocześnie tak pracowita, jak ja. Dziwiło mnie wciąż to stereotypowe przekonanie, że ładne dziewczyny nie są pracowite. A przecież to nieprawda!!!

Zrobił nawet coś w rodzaju pożegnania, postawił nam desery z tej okazji. Zapewniał mnie, że zawsze, w każdej chwili – gdy mnie na przykład wyleją ze studiów – przyjmie mnie do pracy na etat i da dużą pensję, a także na krótsze okresy będzie mnie zatrudniał i że mam zawsze drzwi otwarte.

– A na przykład w przerwie międzysemestralnej? Chyba w lutym? – zapytałam z uśmiechem.
– Nie wiem…, ale coś pomyślimy, może ktoś będzie chciał spędzić urlop na Kanarach? I ciągnął dalej w wesołym tonie:
– A w ogóle, gdyby pani chciała, to jestem gotów zorganizować jakiś wieczorny lub nocny występ z pani udziałem, mimo że restauracja jest… nie o tym profilu.

Wszyscy się śmiali. Pomysł nie zrodził się w jego głowie, ale podobno u kierownika innej zaprzyjaźnionej restauracji, który będąc u nas w odwiedzinach (po tym jak ktoś z ich personelu zauważył mnie), zaproponował mi pracę, chociaż nie wiem, co to miałoby być, chyba coś mocno rozrywkowego.

Nazajutrz byłam już wolna

Rano myślałam o akademiku, o tym, z kim będę mieszkać i czy koleżanki będą miłe. Pokoje były dwuosobowe i na takie dwa dwuosobowe pokoje przypadała jedna łazienka i kuchenka oraz mały korytarzyk. Myślałam o tej nowej koleżance – Asi, ale czy ją spotkam?

Myślałam też i to z drżeniem o spotkanym mężczyźnie. Jego obraz nieco przybladł, ale wciąż budził we mnie jakieś silne i nieznane mi dotąd emocje. Wystarczyło, że zamknęłam oczy, a wtedy jego obraz stawał się żywszy, robiło mi się ciepło i miło…

Nawet bałam się tak bardzo przywoływać tamto uczucie, bo zaczynałam się wręcz źle czuć. I to z dwóch powodów, rozbudzał we mnie nieokiełznaną namiętność, z którą nie wiedziałam co zrobić oraz z powodu jakiegoś okropnego realizmu, który kazał mi spojrzeć na to wszystko sceptycznie: pewnie go nie spotkam, a jak spotkam to okaże się coś niemożliwego.

Byłam podobno specjalistką od piętrzenia trudności i braku wiary, że może mnie spotkać coś pozytywnego. Jednakże przytłaczająca większość dotychczasowych doświadczeń zdawała się to niestety potwierdzać.

Poszłam do akademika około 13

Hotel musiałam opuścić o 10, zatem powędrowałam z torbami do małego bistro na trasie, gdzie zjadłam późne śniadanie. Wiedziałam, że gdy Asia przyjedzie późniejszym pociągiem, właśnie o tej godzinie już powinna być. Chyba zapytam się, czy już jest zakwaterowana pani Joanna Sadek. Trochę mi głupio, bo gdy ona nie będzie chciała ze mną mieszkać? Może już z kimś mieszka? Widziałam w pierwszym dniu egzaminów jak rozmawiała z jakimiś dziewczynami.

Ilustracje

Obrazek wyróżniający, źródło: Wikimedia Commons

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *