Dziewczyny i alkohol
Blog: 9 Lipca

Dziewczyny i alkohol, czyli dorosłe życie mężczyzny. 9 Lipca (5)

Dziewczyny i alkohol, czyli dorosłe życie mężczyzny → 9 Lipca (5)

5

Dziewczyny i alkohol, czyli dorosłe życie mężczyzny

Później ciągle do tego wracali, ale często, podśmiewając się, pytali:
– A te oczy to jakie? Łączki? Cha, cha, cha…
– Nie no, melony były lepsze!
– Mnie najbardziej powaliły te czarowne biodra! – wołał ktoś.
– Nie, biodra były ponętne, a czarowne to…, chyba pieśni…, śpiew! Przekomarzali się, próbowali powtarzać, dopytywali o inne szczegóły… Mój brat natomiast dociekał:
– Mały, a dopowiedz coś o tej rozkoszy, czy ty już coś o tym wiesz? Bo twój kolega to chyba tak? – Badawczo patrzył to na mnie, to na Nata, o dwa lata starszego ode mnie, a my robiliśmy tajemnicze miny.

To dziwne, to bardzo dziwne, ale ja od tamtego czasu nosiłem ideał mojej dziewczyny w sobie. Jej obraz z czasem stawał się coraz bardziej wyrazisty.

Pierwsze moje doświadczenia z dziewczynami nie zachwycały mnie ani trochę, a one same dalekie były od wymyślonego przeze mnie ideału. Później, przylepiłem się do mojego brata i w kręgu jego znajomych – lecz nie tylko – przetestowałem kilka dziewczyn. Na początku dodawałem sobie z dwa trzy lata; udawało się, ponieważ byłem bardzo wysoki i dobrze zbudowany, jak na mój wiek – 17 lat. Często przebywaliśmy w żeńskim akademiku lub na prywatnie organizowanych imprezach, z których niektóre były dość odważne.

Razem z Natem i moim kuzynem Maurycym (synem stryja Macieja), starszym ode mnie o dwa lata, dołączyliśmy na stałe do paczki mojego brata i stanowiliśmy silną grupę nastawioną na przygody, zabawy, wyjazdy i rzeczywiście wiele razem przeżyliśmy.

Każdy z nas, naturalnie, miał jeszcze swoich kolegów bądź to ze szkoły, bądź później ze studiów. Rodzice moi czuli się nieco uspokojeni, że spędzam sporo czasu pod opieką starszego brata i taki wariant najbardziej im odpowiadał. Z tą opieką bywało różnie, ale nasze wzajemne stosunki z bratem i kuzynem jeszcze bardziej się wówczas zacieśniły – byliśmy dla siebie prawdziwymi przyjaciółmi.

Dziewczyny i alkohol

 

Czas płynął, przerzuciłem jeszcze kilka dziewczyn lub kobiet (zresztą oni również), zwłaszcza będąc na studiach. Stawałem się jednak coraz bardziej rozczarowany, że żadna nawet nie przypomina mi wymyślonej przeze mnie dziewczyny.

Niektórzy koledzy upominali mnie, że postawiłem zbyt wysoką poprzeczkę, a byli i tacy, którzy mówili:
– Ty chciałbyś wszystko, a możesz dostać tylko jedno: albo będzie miała twarz, albo figurę, albo talenty, albo dobry charakter. Nie może mieć tego wszystkiego jedna osoba!

Z czasem, w trakcie studiów, zrezygnowałem z tamtego obrazu mojej wymarzonej dziewczyny.

Żyłem dość intensywnie, naukowo również, szczególnie, gdy po pierwszym roku zacząłem dodatkowo drugi kierunek, a po trzecim roku, jeszcze jeden. Ale życie towarzyskie i wyjazdy musiałem wtedy nieco ograniczyć. Pod koniec moich studiów filozoficznych czułem się już takim koneserem kobiet, jak bym miał co najmniej czterdziestkę, a nie dopiero 20–21 lat. Byłem ogromnie zawiedziony i zdegustowany, że tak wygląda to dorosłe życie mężczyzny, do którego szybko wszyscy chłopcy chcą dorosnąć.

Dziewczyny i alkohol

Była wiosna, namiętności chłopięce czy już męskie budziły się ze wzmożoną siłą. Pracę magisterską miałem już gotową, czekałem na obronę. Miałem więc trochę czasu na szaleństwa. Ze wszystkich stron padały rozmaite propozycje. Balangi z udziałem alkoholu i dziewczyn były na porządku dziennym, a może i nocnym.

Dziewczyny i alkohol

 

Rodzice moi byli trochę twardzi pod tym względem. Matka nie tolerowała mojego późnego wracania do domu, a już zupełnie nie zgadzała się na zakrapiane imprezy.
– Uważam – mówiła z przekonaniem –  że alkohol przeszkodzi ci w zdawaniu egzaminów, tym bardziej, że nabrałeś sobie za dużo nauki. Nie podołasz wszystkiemu.
– Co ty? Mamo, przecież ja mam wszystko pod kontrolą… – ale nawet nie pozwalała mi dokończyć i gderała dalej:
– Zresztą zaszkodzi ci to również w późniejszej karierze naukowej. Skoro już wybrałeś taką przyszłość, to nie możesz pić ani grama alkoholu!
–  Ani grama? Stanowczo przesadzasz! Owszem, czasem wypiję odrobinę wina lub szampana. Rzadko coś mocniejszego. Ale się nie upijam! Ale ty, gdy tylko wyczujesz ode mnie zapach alkoholu, już marudzisz.
– Ja wiem swoje – była nieustępliwa – i tak poproszę ojca, żeby z tobą porozmawiał.
– Na szczęście ojciec ma do mnie większe zaufanie i wie, że nie zatracam się w piciu, że znam umiar.
– No powiedzmy – kręciła z niedowierzaniem głową.
– Weź też pod uwagę, że często prowadzę samochód lub motor – szukałem różnych usprawiedliwień.

Gorzej, albo lepiej(?) było z dziewczynami. Ale o tych sprawach mama wiedziała niewiele, ojciec natomiast orientował się dostatecznie. Uważał, że jeśli teraz się trochę „wyszumię”, to później będę czuł się spełniony. Wiedział coś o tym – sam przez to przechodził.

Kontrolował brata i mnie, wspierał nas, radził i przeprowadzał z nami pogadanki. Śmialiśmy się trochę z tego, ale jego rady pomagały nam rozwiązywać rozmaite problemy również te damsko-męskie.

Jego rady nazywaliśmy
„słynnymi tezami Wagnera”.

Powtarzał:

– Nie zabraniam ci kontaktów z dziewczynami, ale chcę być o tym informowany. I upominam cię, aby nie były to wyłącznie przygody, epizody, czy jakieś dzikie szaleństwa seksualne – mówił dość stanowczo. A nie ukrywam – było tego trochę. Ojciec jednak pilnował, żebyśmy nie zatracali się w seksie i pijaństwie. Radził mi i bratu:

– Pamiętajcie, żeby były to przemyślane, dłuższe relacje, nawet jeśli nie wiążą się one z uczuciem.

Matka „podsyłała” mi natomiast różne panienki, zawsze bogate i ustosunkowane. Ważne dla niej było kim są jej rodzice, tj. ile mają i co mają. Dziwiło mnie to i strasznie irytowało. Nie miałem zamiaru żenić się z dziewczyną ze względu na gruby portfel jej rodziców, liczyły się wyłącznie walory mojej wybranki. Zresztą sami byliśmy wystarczająco zamożni. Jednak matka nie wyobrażała sobie na żony dla brata i dla mnie jakiejś przypadkowej dziewczyny, spoza elity – jak mawiała. Chociaż zastrzegała się, że nie chodzi jej o kapitał rodziców, ale o ich pozycję społeczną.

Dziewcz i al

 

Te bogate czy wpływowe środowiska wiedziały o sobie wiele, przenikały się: a to jakieś wspólne interesy, a to mariaże, rozmaite herbatki, spotkania w klubie, przyjęcia itp. Bywaliśmy na nich z bratem i kuzynem często i uchodziliśmy za bardzo dobre partie dla córek notabli, jako zamożni i ustosunkowani. Krążyły też pogłoski, że jesteśmy super przystojni, więc od tych bogatych panienek nie mogliśmy się uwolnić. Mój brat właśnie z jakąś – oczywiście wyselekcjonowaną przez naszą mamę – zacieśniał stosunki.

Gdy zacząłem studiować filozofię, ojciec żałował, że żaden jego syn nie poszedł w jego ślady, architekta, któremu zostawiłby swoje gigantycznie rozbudowane biuro, ale chciał, abyśmy realizowali własne marzenia. O moje marzenia akurat musiał ostro zawalczyć, bo matka nie chciała widzieć we mnie filozofa. Złagodniała dopiero wtedy, gdy po trzecim roku rozpocząłem równolegle studia na architekturze.

5

W szkole

Pod koniec sierpnia mama poszła do szkoły, aby załatwić dla Tymka książki oraz zakupić inne przybory szkolne. Sebusia mama musiała trochę nieść, trochę szedł sam, Tymon biegał wokół, a ja szłam za mamą w skupieniu. Obiecała wspomnieć o mnie radzie nauczycielskiej, która tego dnia właśnie miała posiedzenie, a później przyjmowani byli ewentualnie rodzice.

Mama kazała nam zaczekać przed drzwiami, ale mały Seba nie chciał oderwać się od mamy. Gdy wyszła, zaczęłam ją szarpać za sukienkę:
– I co powiedzieli? – pytałam nerwowo.
– Nic, wszystko w porządku. Książki mam, chociaż jedna jest trochę zniszczona.

– Ale co o mnie powiedzieli? Czy mogę już chodzić do szkoły? – moje zdenerwowanie rosło, tym bardziej, że mama kierowała się do wyjścia.

– Zapytałam, czy pięcioletnia dziewczynka może zacząć naukę, jeśli jest…, jeśli umie czytać i pisać, ale odparli, że nie! – zakończyła krótko.
– To niemożliwe! – krzyknęłam i z płaczem zawróciłam, a mama na mnie wołała:
– Wróć, wracaj! Przecież nie mamy czasu, muszę jeszcze do sklepu…

Ale ja pogalopowałam do tego zagadkowego pokoju i z płaczem tam wparowałam. Mówiłam bezładnie jakieś wierszyki, kawałki piosenek, zapewniałam, że wszystko umiem, to dlaczego nie mogę chodzić do szkoły?

Dziewczyny i alkohol

 

Podbiegła do mnie jakaś miła i piękna pani i pogłaskała mnie po głowie, chwyciła za rękę i pociągnęła do swojego miejsca. Wszyscy byli dość zdezorientowani i rozprawiali na mój temat.

Pamiętam, że przepytywali mnie z różnych rzeczy: dodawania i odejmowania, kazali czytać i pisać.

Byli zachwyceni i zadziwieni, ale odmówili, twierdząc, że jestem za mała. Że nie dam rady, bo za daleko mieszkam, więc będę miała problemy z dotarciem do szkoły. Może w przyszłym roku…?

Wtedy ta piękna pani zaproponowała, żeby na próbę mnie przyjąć, a ona zaopiekuję się mną. Przekonywała zebranych jeszcze dość długo, aż pan dyrektor zdecydował:
Pani Bonnet, w takim razie, jedynie na pani odpowiedzialność… i to właściwie… może nie w pełnym zakresie… Nie wiem zresztą, jak to pani rozwiąże – i dodał – ale musi pani uzgodnić to z rodzicami.
Zaledwie drobne fragmenty z tego pamiętam, ale znam to z opowieści pani Bonnet, która była nauczycielką nauczania początkowego.

Zaraz ta pani zabrała mnie do domu nauczyciela, gdzie mieszkała, bo moja mama już poszła.

Podobało mi się u pani Bonnet. A najbardziej pianino, na którym leżały nawet nuty. Pierwszy raz widziałam pianino!

Postawiła mi do jedzenia różne rzeczy i obiecała odprowadzić mnie później do domu. A ja mówiłam:
– Ale to bardzo daleko, bardzo.
– A czy ty znasz w ogóle drogę do domu?
Zapewniłam, że tak.

Po pewnym czasie, zapukała do drzwi moja mama z braćmi. Szukała mnie i martwiła się, że gdzieś zginęłam, i właśnie tu ją skierowali. Pani Bonnet wszystkich poczęstowała kompotem malinowym, ciasteczkami i owocami.

– Już zapoznałam się z Iką, a Tymka znam, chociaż on był w klasie u koleżanki. A właściwie, co to za imię Ika? – dopytywała. A mama wyjaśniła:
– Córka ma na imię Iwa, zwracałam się do niej Iweczka, więc ona skróciła sobie swoje imię, to znaczy wyrzuciła z tego cały środek.
– Pani Sankowska, powiem wprost: Ika jest wyjątkowo uzdolniona i uważam, że trzeba dać jej szansę indywidualnego rozwoju. Co prawda nie wiem, jaka jest jej gotowość psychologiczna do zajęć, ale można spróbować. Tym bardziej, że pierwsza klasa, to wiadomo, na początku więcej zabawy niż nauki.
– Nie wiem, czy to będzie możliwe. Sebastianek ma dopiero 3 lata, nie będę mogła odprowadzać córki… Zresztą ona jest taka drobniutka, nie pokona tak dalekiej drogi dzień w dzień i to z plecakiem – wylała wszystkie wątpliwości mama.

A ja wiedziałam jeszcze o czymś, o czym mama nie wspomniała. Chyba ze wstydu. Ale ja to szybko uzupełniłam:
– Mama mi wciąż powtarza, że nie ma pieniędzy na książki i zeszyty dla jeszcze jednego dziecka, no i na ubranka dla mnie.

Pani Bonnet bardzo się strapiła, a mama potwierdziła, chociaż z dość niezręczną miną.
– Ale mimo wszystko, chciałabym porozmawiać też z tatą Iki i zaproponować państwu pewne rozwiązanie.

Po chwili dodała:

– A czy mogłabym odprowadzić Ikę dopiero późnym popołudniem, jak mąż już wróci z pracy? To rozwiązanie będzie bardzo korzystne dla nas wszystkich. Jeszcze muszę przemyśleć kilka rzeczy, więc jeśli pani pozwoli, przedstawię je państwu wspólnie.
– Tak, ale widzi pani, mąż nie jest zbyt konsensualny…, nie wiem, jak to przyjmie – mama kręciła głową, nie wierząc w powodzenie tej akcji.

Zostałam u pani Bonnet, która była dla mnie jeszcze milsza. Zapytała:
– Może zagrać ci coś na pianinie, bo zauważyłam, że wciąż patrzysz w tym kierunku.

 

Dziew. i al.

Zgodziłam się ochoczo. Byłam oczarowana. Pani Bonnet tak pięknie grała i miała wszystko, i ciastka i owoce i ładną łazienkę.

Później pożyczyła rower od sąsiadki, żeby szybciej pokonać drogę do mojego domu. Najgorsze było przede mną:
– Ale ja muszę coś pani powiedzieć – zaczęłam nieśmiało. Pani Bonnet mnie zachęciła, więc wyznałam:
– Mój tata jest bardzo groźny. I nie można mu się sprzeciwić. Mama mówi, że jak mu się sprzeciwia, to tata dostaje szału.
– Ale mnie chyba nie pobije – zażartowała pani Bonnet.
– Nie wiadomo, jak się zdenerwuje, to może pobije?
Wtedy pani Bonnet zapytała, czy tata nas bije. A ja ze smutkiem pokiwałam głową.
– Nawet mamę kiedyś uderzył – wyznałam.– Ależ to niesłychane! – pani Bonnet była poruszona i oburzona.

Gdy zajechałyśmy do domu, tata już przyjechał z pracy. Ciekawe, czy mama zdążyła wszystko mu opowiedzieć? O mojej szkole i zamiarach pani Bonnet? Ciekawe, jakie rozwiązanie ma ta miła i piękna pani? Zresztą wszystko jedno, czułam, że tata i tak się nie zgodzi.

Gdy zaczęli o tym rozmawiać, to ja cały czas popłakiwałam; wyrzucali mnie z pokoju, ale ja wciąż wracałam. Pani Bonnet mówiła tak spokojnie i ładnie, że tata w ogóle się nie denerwował.

W końcu przekonała tatę, że to tylko na próbę i że kupi mi wszystko, co będzie potrzebne. Poza tym obiecała przywozić mnie rowerem na weekendy.

A najbardziej ujęła tatę swoją opowieścią o zmarłej 1,5 rocznej córeczce i rozwodzie. Mówiła też o Paryżu i Francji i innych trudnych rzeczach… Tata się zadziwił, że jej historia tak bardzo przypomina mu jego własną.

Tak szybko wszystko się działo. Zapamiętam z tego tylko strzępy, a może wyłącznie z opowiadań mamy i pani Bonnet? Jeszcze tego dnia mama zapakowała mi kilka rzeczy – pewnie to było wszystko, co miałam – i pani Bonnet zabrała mnie do siebie. Bardzo nalegała, żeby to było już teraz, zaraz. Dopiero dużo później zdradziła mi dlaczego…

Pani Bonnet zaproponowała, żebym zwracała się do niej „ciociu”.
– To będzie naturalnie wyglądało – dorzuciła. Zgodziłam się ochoczo.

W następnych dniach kupiła mi różne rzeczy, ubranka i przybory szkolne, nawet zabawki. I tak zaczął się dla mnie piękny i znamienny okres, pod opieką pani Bonnet. Wyznam, że początkowo bardzo tęskniłam do mamy i Sebusia, a nawet do taty. Tymka widywałam codziennie w szkole.

Achatoja 

Zob. wszystkie wpisy – Blog: 9 Lipca

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.